W sumie dźwięk jest ważny w naszym życiu. Nigdy o tym tak nie myślałam, do czasu, aż dostałam monitor z głośnikami wbudowanymi klasy ziobro. Ciężko się było przyzwyczaić, grzebałam w opcjach, no przecież studiuję informatykę, umiem też włączyć i wyłączyć. Dźwięk w nim to swojskie „kszkszkskzkszs”. Nawet moje ucho może to usłyszeć, a moje ucho jest laikiem — zawsze było głuche na nadchodzących policjantów, gdy piłam piwo w parku. Było głuche na nauczyciela stojącego za plecami, gdy akurat mówiłam coś o nim niemiłego (przepraszam).


dzowit felieton o dźwięku
Średnio słucham też muzyki, muszę być w odpowiednim humorze. Nie wiem, czy są tacy ludzie jak ja, ale muzyka potrafi mnie bardzo zdenerwować lub nie zdenerwować wcale. Nie mam tu na myśli puszczenia mi zenka z całym tym backgroundem publicznych pieniędzy, jakim za nim stoi, z językiem kurskiego w jego dupsku czy nawet z tym muralem w Białymstoku. Chodzi o to, że muzyka, np. rano wyprowadza mnie z równowagi. Cały dzień w plecy. Audiofil ze mnie żaden.

dzowit felieton o dźwiękuW 2020 roku przeprowadziłam się z Holandii do Belgii, nie miałam pracy, kasy, chociaż mieszkanie po miesiącu bezdomności udało się zdobyć. W tamtym czasie musiałam kupić słuchawki, by podjąć ciekawą (hehe) pracę jako ankieter. Call center tyle, że w domu. Kupiłam słuchawki SteelSeries więc nie byle co. Wmówiłam sobie, że tak wspaniale tych ludzi będę słyszeć, nawet zanim jeszcze zdążą otworzyć usta. No i co? Chujów sto! Nowe mieszkanie ozdabiał tylko materac, biurko i ogromne echo, taki to dźwięk jest nieprzewidywalny — skurczybyk, nieprzyjaciel, a i wróg czasami. Utrudnił mi życie, oprócz tego, że ja średnio słyszałam tych ludzi, którzy i tak nie byli zbyt skłonni, żeby ze mną porozmawiać, to, o zgrozo! Oni nie słyszeli mnie.
– Jaki jest Pani poziom satysfakcji z użytkowania telefonu XXX w skali od 1 do 10?
– Słucham? Coś przerywa, jakieś echo słyszę, jakby Pani była w jakimś tunelu czy coś. To może Pani zadzwoni później — bip bip bip.
Kurwa.
Prawie całą dniówkę, która trwała nie bagatela 8h, stałam na jednej nodze (wyżej i w lewo było mnie lepiej słychać) z ręcznikiem na głowie, by stłumić to echo. Tak mi logika podpowiadała. Nic to nie dało.
Po jednym dniu, mimo że nie miałam innej pracy, postanowiłam to rzucić. Tak właśnie dźwięk pozbawił mnie źródła zarobku.

dzowit felieton o dźwiękuTo nie jedyny przykład, gdy dźwięk mnie czegoś pozbawił. Raz jego brak mnie prawie zabił. Mój dwunasty rok życia spędzałam na wsi. Ale takiej wsi z jednym sklepem blaszakiem, pod którym proboszcz łoił piwska z miejscowymi. Swoją drogą to fajny proboszcz był. Akcja dzieje się około roku 2004. Ciepełko, rowery, całodniowe wyprawy w nieznane, wiatr we włosach i ta niezależność. Tak wyglądał ten dzień. Wróciłam z kuzynką z jednej z takich rowerowych wypraw. Czułam się jak bóg, nigdy nie miałam swojego roweru. Jak byłam trochę młodsza, to miałam taki pomarańczowy wypierdek po bracie, taki, że kolana mi się obijały o kierownice. Nogi rozszerzone maksymalnie, hamulec w pedałach. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi cokolwiek co może cię szybciej przenieść w dane miejsce niż twoje nogi. Potem czekał na mnie w piwnicy biały, taki większy, ale nie miał koła. Czekał na to aż urosnę. Nikomu się nie chciało tego koła zamontować więc z niego wyrosłam, a siodełko nie poczuło nawet mojej pierwszej pary jeans. Na komunie dostałam hulajnogę (zamiast roweru), od brata za hajs mamy. Z Carrefoura czy innego Kauflanda. Zanim położyłam na nim swoje ubrudzone od czekoladowych bombonierek łapy, to mój kuzyn zdążył zepsuć hamulec, a wujek mechanizm składania. W okolicy dwunastego roku życia Mama miała mi w końcu kupić rower. Oczekiwałam tej chwili bardzo. Wracając do tego feralnego dnia, to ciotka zamarzyła sobie lody. A kogo się wysyła do sklepu? Gówniarzy, przecież po to są dzieci, nie oszukujmy się. Same madki snują pytania „a kto ci na starość szklankę wody poda?”. Śmiało można dopisać „i lody przyniesie w upalne lipcowe popołudnie, gdy skonana leżeć na kanapie będziesz, amen”. Bardzo nie chciałam iść, nawet nie przekonywał mnie ten lód, co go miałam w nagrodę dostać, a byłam przepadlista na słodycze. Dostałyśmy jakieś drobniaki i polecenie kupna jakiś tanich wodnych lodów. Kredki czy lulki? Kredki, bo były po 30gr. Niosłam je w jednej ręce, resztę w drugiej. Chcę przechodzić przez ulicę, ale śmiga mi auto przed nosem. Wieś to i pasów tam nie było. Czekam, rozglądam się i przechodzę, słyszę moją kuzynkę krzyczącą „auto”. Tutaj dzięki dźwiękowi wpadłam w panikę, zgubiłam piankowe klapki. No i jebło. Jebło, bo auto nie wydało żadnego dźwięku, który bym usłyszała. Przeżyłam, jak można się domyśleć. W jednej łapie nadal spoczywała reszta, a w drugiej puste papierki po lodach. PUSTE, ale miałam siłę i samozaparcie, żeby te lody donieść do domu. Moja pierwsza myśl była taka, że przecież nic mi się nie stało, idę do domu, ale będzie przypał, że wpadłam pod auto. Tak, tak wtedy myślałam. Jednak byłam bosa, a Pani, która mnie potrąciła trzymała mnie, żebym w szoku nie uciekła (co miałam zamiar zrobić). Ja szłam w stronę domu, a ona mnie trzymała z tyłu za fraki. To był powypadkowy MoonWalk. Cała wieś się zleciała. Zaczęły się litanie “o boże, żyjesz?”, “nic Ci się nie stało?”. A ja w płacz. Nie, że boli, bo nie czułam bólu. Płakałam, bo zgubiłam buty podczas tych piruetów. To były buty mojej ciotki, bałam się, że będę miała kolejny przypał, nie dość, że wpadłam pod auto, nie przyniosłam lodów to jeszcze zgubiłam jej buty. Ta sytuacja pokazuje mi jak irracjonalne lęki można mieć w sytuacji, w której otarło się o śmierć. Irracjonalne było też to, że 20 osób po moim „gdzie są klapki? Szukajcie klapek!” zaczęło ich szukać. Nigdy nie byłam tak sprawcza. Pełna duma. Resztę tej historii opowiem może innym razem. Czy było to tego warte? Zważając na to, że jako poszkodowana nie mogłam chodzić nad wodę, ale za to miałam pierwszeństwo grania na Pegasusie. Warto. A no i mama nie kupiła mi w końcu tego roweru, bo powiedziała, że nawet na nogach nie umiem chodzić. Dziękuję.

dzowit felieton o dźwiękuDźwięk też bywa dobry, np. ratujący dźwięk mikrofali, który słyszysz, gdy speszony stoisz w pracowniczej kuchni próbując nie łapać z nikim kontaktu wzrokowego, chcesz uciec z ciepłą zupką typu instant.
– bip, bip – i już możesz odpocząć od ludzi przy biurku.
Dźwięk prześladował mnie od małego. Mój najstarszy brat był „techno chopkiem”, tak go nazwałam, on siebie pewnie niekoniecznie. Od rana do nocy puszczał The Prodigy i inne takie, mieszkaliśmy na 36m2, nie dało się uciec. Umierałam wewnętrznie. Z dnia na dzień moja nienawiść do jebiąco-dudniącej muzyki wzrastała.

dzowit felieton o dźwiękuMój pierwszy dźwiękowy orgazm przeżyłam z produktami Apple. To było czyste, przestrzenne i inne od tego, co znałam ze słuchawek dołączanych do wycieczek turystycznych po muzeach w Krakowie. Fajnie było, ale jak to z orgazmami bywa, chce się inaczej i więcej. Przyzwyczaiłam się.

Nie wtopiłam nigdy kasy w AirPodsy. Tak, darzyłam miłością jabłko nadgryzione, ale mój portfel nie. Swój pierwszy iPhone 5 „kupiłam” zaraz po premierze (wzięłam w Orange na abonament). Miałam jakieś 20lat, marzyłam o iPhone długo, o MacBooku i iPadzie, wydawało mi się, że będę szczęśliwsza wysyłając tweety z iOS zamiast z Androida. Nie wiem, czy tak jest, bo już nie korzystam z Twittera. Nie inwestowałam nigdy w słuchawki, budżet mi się nadwyrężał — stale. Mam dużo gadżetów i na jeszcze więcej choruje, ale słuchawki nigdy nie były w topce, ale projektor z Xiaomi i Nintendo Switch są. Chociaż muszę przyznać, że słuchawki przewodowe do iPhone są wporzo, moje uszy je lubią.

dzowit felieton o dźwiękuDźwięk też nie oszczędził mnie, gdy razem z mózgiem oszukał mnie, że umiem śpiewać. Do tego stopnia, że śpiewałam „Chce Tu Zostać” Farby na trzy głosy z koleżankami, trzy głosy powtarzam, ja nawet nie rozróżniam co z czym, jakie trzy głosy. Raz też na muzyce pokusiłam się o zaśpiewanie „Długość dźwięku samotności” Myslovitz, czy też zgłosiłam się na konkurs kolęd z „Nie było miejsca dla Ciebie”. We wszystkich tych przypadkach zderzyłam się z rozczarowaniem, trójką z muzyki (na pocieszenie) i grymasem komisji od kolęd składającą się z księdza i babki od muzyki, która swoją drogą znała moje umiejętności. Dźwięk śpiewany nie był moją mocną stroną. Dalej nie jest.

Nie tylko śpiew mi nie idzie. Dźwięk mówiony też. Podobno większość ludzi jest niezadowolona z brzmienia swojego głosu. Statystyka z dupy, gdzieś to słyszałam, ale nie chce mi się sprawdzać. Ja nie miałam nic do mojego głosu, do czasu, aż kolega na osiedlu nie dostał nowej Nokii 5300 (w abonamencie z Ery. Ten to miał dobrze, jako pierwszy na osiedlu dostał laptopa z bezprzewodowym internetem BlueConnect. Wiecie co zrobił? Laptop rozkładał się na płasko więc przyczepił go do ściany i operował nim zewnętrzną myszką i klawiaturą. Co do …. ?), z którą nie omieszkał paradować, nagrywając nasze osiedlowe życie. Wtedy usłyszałam swój głos na nagraniu. Wysoki, piskliwy, niepasujący ani do mojego wyglądu, ani do charakteru. Wstydziłam się. Z nami ludźmi jest totalnie wszystko nie tak, skoro potrafimy się wstydzić własnego głosu, a jednak tak było. Teraz mi wstyd, że było mi wstyd. Znowu dźwięk poprowadził mnie do rozczarowania, za rękę, którą wcześniej ktoś drapał się po tyłku.
Jednak muszę przyznać, że jestem wdzięczna mu za wiele, niesłyszącym nie było nigdy dane usłyszeć Mamy krzyczącej z parterowego okna bloku przy ulicy Urzędniczej:
– Jowitaaaaaaa, obiaaaaaaad!
– Już iiiidęęęęęęęę!


Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *